Telegram do ESPI

Idąc niejako w sukurs bożonarodzeniowej atmosfery relaksu proponuję odprężającą (lecz nie bez chwili zadumy) lekturę artykułu z telegrafem, informatyką i komputerami w tle.

Stare wynalazki mają to do siebie, że zwykle ich konstruktorzy znaleźli w nich wygodne rozwiązanie którejś z długo niezaspokojonych potrzeb ludzkości. Czasem ułatwiały one ludziom czynności dotąd postrzegane jako trudne czy niedostępne. Najznakomitsze z nich są zaś mądrym wytrychem do poprawiania rzeczywistości; ułatwiają pracę, lansują styl życia czy wręcz wywracają do góry nogami ten dotychczasowy. Kolejne unowocześnienia pierwotnego wynalazku to tylko ich ulepszone wersje; implementacje lepiej pasujące do zmieniającej się rzeczywistości.

Jednak cel istnienia wynalazku pozostaje niezmieniony.

Jak to z telegrafem drzewiej było…

Świetnym przykładem jest telegraf. Wynalezienie go w pierwszej połowie XIX wieku stanowiło podwaliny nowoczesnej telekomunikacji. Dotąd ludzie, aby porozumieć się na odległość korzystali z jakiejś formy poczty lub użytkowali mało efektywne kanały przekazu wykorzystujące optykę (ogień, dym, światło odbite od prymitywnych zwierciadeł) lub akustykę (bębny, instrumenty dęte).

Telegraf zagospodarował prąd elektryczny jako nowy kanał telekomunikacyjny. Dlaczego to było tak genialne? Ponieważ nadal wykorzystujemy sam pomysł, choć jego realizacja zmienia się wraz z postępem technologicznym. Bowiem, po telegrafie nastał dalekopis, który telegramy przesyłał masowo i automatycznie, zaś pewnym dziedzictwem tradycyjnego telegramu jest cyfrowa wiadomość SMS (Short Message Service), której 160-znakowa długość jest zgodna z długością tzw. modułu telegramu. Twitter też wykorzystują krótkie wiadomości. Technologia przekształciła pierwotny wynalazek, ale wciąż rozwiązujemy te same problemy – przesyłamy wiadomości na odległość; na przykład życzenia bożonarodzeniowe. I dobrze, że czerpiemy z mądrości ojców – wynalazców i wciąż poprawiamy ich wynalazki. Gorzej jednak, gdy nieumiejętnie tworzymy nowszą implementację ich dzieł. To „gorzej” właśnie przytrafiło się ESPI. A dlaczego? Już wyjaśniam.

ESPI… czyli dlaczego jest aż tak źle?

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem aplikację ESPI (Elektroniczny System Przekazywania Informacji) poklikałem po przykładowym formularzu (był to raport bieżący) i jakoś bez większych emocji ją po prostu zamknąłem. Aplikacja jak aplikacja – ma swoje okno, wygląd, jakieś tam menu; w oknie majaczy coś na kształt formularza, ot co. Nuda, przy czym w trochę przaśną (żeby nie powiedzieć czerstwą) szatę graficzną przyodziana. Przypomnijmy, że ESPI to dedykowany system informatyczny do celów przesyłania sprawozdań przez m.in. Spółki notowane na Giełdzie. Pomny tej informacji, świadomy obowiązków spółek giełdowych prawie przyklasnąłem z zachwytu, w jakimże to nowoczesnym państwie żyjemy (w którym do Regulatora Giełdy składa się elektroniczne sprawozdania z pominięciem papierologii stosowanej), gdyby nie niepokojące wspomnienie wyglądu i logiki działania aplikacji ESPI. Ruszyłem więc do komputera niczym pastuszkowie do Betlejem, zamiast dziecięcia w żłóbku odnalazłem link do formularza raportu bieżącego, który otwarłem i… voilà! Tylko sianko i poczucie, że jestem w szopce się zgadzało (mamy okres świąteczny, więc pozwólcie na te bożonarodzeniowe słowne wycieczki). Postanowiłem „przeklikać się” przez formularz ESPI. Boże, któż popełnił taką aplikację?! Kto to zatwierdzał? Kto określał (albo i nie) dla niej wymagania? Kto używa, to wie, że oprócz przaśnego interfejsu użytkownika rodem ze wczesnych lat ’90 ubiegłego wieku mamy w zasadzie do czynienia z… symulacją druku akcydensowego. Ktoś powie: „No i co z tego? – przecież zastępujemy epokowy wynalazek papieru jego nowszą, elektroniczną implementacją”. Otóż, chyba niestety niekoniecznie.

Usability, głupcze!

Informatyce zdefiniowano konkretne zadania, aby proponowała ludzkości jasne rozwiązania postawionych przed nią problemów. Informatyka tłumaczy więc każdy proces gospodarczy, administracyjny czy nawet twórczy na język procesów przetwarzania informacji. Dobrze wymodelowany proces informatyczny (zawarty w programie lub algorytmie) obrazujący jakiś prawdziwy proces z codziennego życia decyduje o użyteczności programu komputerowego. Niestety, nie dość, że przekładanie codzienności na procesy właściwe komputerom nie jest rzeczą prostą, to końcowa aplikacja potrzebuje czegoś jeszcze – musi w przystępny sposób komunikować się z człowiekiem, czyli posiadać funkcjonalny interfejs użytkownika. No bo przecież nie istnieje (jeszcze) bezpośrednie połączenie mózgu człowieka z pamięcią i magistralami sygnałowymi systemów komputerowych. Nadal mamy swoje oczy, uszy i palce, które wykorzystujemy do interakcji z komputerem. A komputer przecież – tak, jak wcześniej telegraf przedłużał zasięg naszych listów – ma stanowić przedłużenie naszego umysłu! Jednak gdy próbuję wchodzić w interakcję z aplikacją ESPI mam nieodmienne wrażenie, że podczas przekładania problemów sprawozdawczości spółek na struktury i logikę oprogramowania ESPI coś nie do końca poszło tak, jak trzeba. Zamiast bowiem zastępować krnąbrny i wszechwładny papier, zawarto w aplikacji ESPI coś, co przypomina kiepsko złożone druczki akcydensowe. Wyszła brzydota i niefunkcjonalność połączona z zaprzeczeniem tego, czym w zasadzie powinny być komputery i aplikacje.

Przecież komputer i działające na nim aplikacje mają z definicji swego istnienia pomagać gromadzić i zarządzać informacją. Tymczasem dostajemy przyciężkawy symulator maszyny do pisania, na której wałku tkwi z góry określony formularz. Ktoś powie, że wypełnić go przecież można i z głowy. Tak, ale czy do tego koniecznie trzeba aplikacji: topornej (obiekty Java Web Start) i wymagającej obecności dyskusyjnej pod względem bezpieczeństwa maszyny wirtualnej Javy? Na dodatek, nie dostajemy przynajmniej poprawnego graficznie lub chociaż przyjaznego interfejsu użytkownika, tylko prowizorkę, w której wykonywanie większości czynności jest na bakier z intuicją i ergonomią. Tylko dziwi mnie, że w dobie powszechnej komputeryzacji ktoś wydał coś tak okropnego i niefunkcjonalnego. No dobra – aplikacja powstawała w latach 2002-2003, ale nawet wtedy niektóre radia samochodowe czy pralki miały lepiej skonstruowane interfejsy!

I dlaczego, na Boga, nikt tego dotąd nie poprawił?!

Wiemy już, że aplikacja sprawozdawcza ESPI robi z nas kopistę i, za przeproszeniem, klawiaturo-klepacza. Gdy już napiszesz, to możesz ewentualnie zapisać sobie swoje sprawozdanie jako szablon. I tyle. Niestety od razu zapomnij, że tak zapisanych w szablonie danych użyjesz np. w formularzu raportu kwartalnego. To może kopiuj-wklej przyjdzie ci z pomocą? Nie ma mowy! Już łatwiej kopiować pomiędzy zabytkowym (choć niegdyś doskonałym) edytorem Tag, a Kalkulatorem Windows niż próbować coś przenieść do ESPI metodą kopiuj-wklej.

Plusy dodatnie, plusy ujemne

Może nie jest jednak tak źle i aplikacja oferuje jakieś benefity? Przecież w końcu nie muszę biegać na pocztę aby go wysyłać, prawda? Pomijając kwestie proceduralno-prawne niestety… nie. Rzecz jasna, na pocztę biegać nie trzeba, ale podobnie, jak w przypadku tradycyjnego listu, jedna jedyna kopia sprawozdania właśnie została wysłana! No chyba, że wcześniej zapisałeś sobie szablon.

Gdy już szczęśliwie uda nam się wysłać sprawozdanie do serwera ESPI, pozostaje nam tylko czekać z wypiekami twarzy na ukazanie się urzędowego potwierdzenia odbioru, by je… wydrukować i… włożyć do segregatora i przechowywać przez 5 lat. Że co, proszę!!? Ach, zepsuła się drukarka? Tylko nie mów tego Komisji Nadzoru Finansowego (ty już dobrze wiesz czemu).

Miało być przecież bez papieru. Elektronika, nowoczesność, bla bla bla… Wyszło jak zwykle. W czasach, gdy moje roczne zeznanie podatkowe jako zwykły obywatel od bodaj czterech lat mogę wysyłać Internetem i jedyne co przechowuję to pliki PDF z poświadczeniem odbioru bez potrzeby ich (nonsensownego zresztą) drukowania, to coś dokładnie odwrotnego w przypadku ESPI budzi uśmiech politowania.

Nie umiem ulec wrażeniu, że ktoś mocno nie przemyślał funkcjonalności ESPI lub nie rozumiał, do czego służą systemy komputerowe. Zamiast nowoczesnej aplikacji ułatwiającej pracę dostaliśmy programistyczne brzydkie kaczątko nie rokujące szans na awans na pięknego łabędzia, a do tego wyglądające jak skrzyżowanie maszyny do pisania z telegrafem. A przecież wiemy, że takie urządzenie istniało kiedyś naprawdę! To dalekopis. Dalej więc; ślijmy telegramy do ESPI z przyciężkawego Java-dalekopisu i cieszmy się, że oto nowoczesność nam się objawiła. A czy nie wystarczyłby porządny portal sprawozdawczy z interfejsem podobnym do tego z aplikacji obsługujących konta e-mail w zwykłej przeglądarce WWW?

Z tymi refleksjami i pytaniami pozostawiam Was, Drodzy Czytelnicy, w błogim czasie świąteczno-noworocznego rozprężenia. Jeśli macie jakieś swoje (zabawne, traumatyczne?) doświadczenia z ESPI – zapraszam do komentowania!

Marcin Borkowicz

fot. shutterstock

Print This Post Print This Post

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one + fourteen =