Sayonara, Salvatore!

8 godzin w ciągu dnia, 40 godzin w tygodniu, 160 godzin w miesiącu – to klasyczny, standardowy model pracownika etatowego. W branży obowiązków informacyjnych i relacji inwestorskich to często fikcja.

Prawie dekada spędzona przez mnie w branży pozwala od czasu do czasu na snucie różnorakich refleksji, m.in. tej, będącej tematem tego artykułu. W tym tekście skupię się na sytuacji pracownika etatowego niewielkiej spółki giełdowej, który pełni funkcję jednoosobowego „centrum dowodzenia światem”. Wspominana osoba (nazwijmy ja dla potrzeb tego tekstu „panem X”)  odpowiada za obowiązki informacyjne i relacje inwestorskie w wymiarze jednoosobowym. To pracownik etatowy jednoosobowego działu relacji inwestorskich. Nie ma zastępcy, nie ma również zewnętrznego wsparcia w postaci jakiegokolwiek doradcy. Swe obowiązki wykonuje samodzielnie.  Jest „sterem, żeglarzem i okrętem”, który może doprowadzić swoich decydentów do szczęśliwego portu przeznaczenia, albo wprowadzić ich na górę lodową bądź minę o wielkiej sile rażenia. Rzecz ujmując obrazowo – to swego rodzaju odmiana sapera, ale takiego, który czasem własnym obuwiem jest zmuszony sprawdzać czy nie ma min : )

Takie są realia A.D 2017, gdy weźmiemy pod uwagę nadchodzącą nieuchronnie nowelizację „ustawy o ofercie (…) i „ustawy o obrocie (…), implementujące sankcje Rozporządzenia MAR do realiów polskiego prawa.

Dlaczego nie piszę o realiach doradców lub firm doradczych (takich jak np. Wortal Relacji Inwestorskich)? Cóż, wybraliśmy własną drogę. Jak w starym powiedzeniu „nająłeś się na psa, więc szczekaj :)”. Nikt nam tego nie kazał robić, sami wybraliśmy swoją drogę „ciągle pod telefonem”. A los branżowego pracownika etatowego? Jaki bywa? Odpowiem sakramentalnym „to zależy”.

Do fabryki marsz!

Od razu uściślam – analizuję konkretny przykład. Stanowisko jednoosobowe, bez zastępcy i zewnętrznego wsparcia. Przychodzimy do pracy, odbijamy elektroniczną kartę albo podpisujemy papierową listę (wbrew pozorom, to nadal całkiem powszechny model ewidencji czasu pracy). Co widzimy na liście? Konkretne godziny pracy. 7-15, 8-16, 9-17, 10-18 (skupiając się na tych najbardziej powszechnych). Niestety, w naszej branży ciężko pracować „od – do”. Oczywiście, zdarzają się takie dni, miesiące, a nawet kwartały spokoju (najrzadziej!), ale nie jest to w żadnym stopniu regułą. Bywa bowiem tak, że przewrotny los „zsyła” nam ważny obowiązek informacyjny tuż pod koniec etatowej dniówki. Co dopiero, gdy zdarzy się to w piątek po południu! Z ośmiu godzin robi się 9,10+, albo i gorzej. Przepisy nie głaszczą nas po głowie, każąc raportować niezwłocznie i za każdym razem dochowywać należytej staranności (to akurat oczywiste). Takie życie.

Planeta singli?

Podczas wielu rozmów z osobami, będącymi w sytuacji hipotetycznego pana X, bohatera tego wpisu często spotykałem się z następującym dictum: „wiesz, nie wyobrażam sobie sytuacji, bym mógł zachować ten tryb pracy mając dzieci/rodzinę”. Na dłuższą metę również sobie średnio coś takiego wyobrażam. Podstawy „problem” polega na tym, że większość z nas naprawdę lubi to, co robi (nie spotkałem IR-owca z obrzydzeniem mówiącego o tym, co musi robić na co dzień). Lubią swoją pracę. Sporo w niej pasjonatów. Ale gdy kolejny raz zawalasz domowy termin lub rodzinną obietnicę, a żona patrzy na Ciebie takim wzrokiem, iż wymiana zamków w drzwiach jest jedynie kwestią czasu, to coś jest nie tak.

Paradoksalnie, to zła sytuacja nie z perspektywy tego nieszczęsnego „pana X”, ale z perspektywy spółki, która go zatrudnia. Sama kopie sobie dołek, w który wpadnie. Ona, nie pracownik. To jedynie kwestia czasu. Gdy ktoś z doświadczeniem stanie pod ścianą „albo praca, albo dom”, niekoniecznie wybierze to pierwsze. Pracę jednak łatwiej zmienić, niż rozwalić udane małżeństwo, nieprawdaż? Chociaż tutaj zdania będą zapewne podzielone..

Nasze bajorko

Sytuację takiego pracownika definiuję jako wolno gotującej się żaby. Znacie ten paradoks? Gdybyśmy wrzucili żabę do wrzątku, wyskoczy błyskawicznie – to mądre stworzenie. Natomiast gdy płaz pluska się w zimnej wodzie, a my stopniowo zwiększamy temperaturę, ugotuje się idealnie, nawet tego nie zauważając. W przeciwieństwie do żaby pan X w końcu to zauważy, gdyż ma więcej zwojów mózgowych niż wspomniana żabka, a i perspektywy stoją przed nim lepsze, jeżeli ma w sobie trochę operatywności.

To opuszczenie „stawu” może być bolesny dla spółki. Pracownika niekoniecznie może zatrzymać komfortowe „bajorko”, w którym pluszcze się nawet od wielu lat (benefity, niezłe pieniądze i inne rzeczy, mogące wiązać się ze wspomnianym stanowiskiem). A gdy pan X się naprawdę zbiesi, to może być nieciekawie. Nie polecam rozstania z „jednoosobową armią” w krótkim czasie, nie mając żadnej alternatywy. Ucieknie Wam np. na L4 na ostatnie paręnaście/parędziesiąt dni i co mu zrobicie? Nie zrobi tego, bo jest zawodowcem i w pełni poważnie traktuje swoje obowiązki? Pewnie tak jest, ale… jaką macie gwarancje, że nie jest to właśnie ten moment, że w końcu powie „dosyć!”?

Ciężka sprawa.

Pomijając zatem singli, pracoholików (pozdrawiam, sam do nich należę) i pozostałych Pań i Panów z zaburzonym work – life balance, postawię się na chwilę w roli decydenta spółki, którego „jednoosobowa armia” poszła w siną dal. I mam problem. Poważny.

Sayonara, Salvatore!

Z całym szacunkiem dla każdego zawodu – gdy z firmy ewakuuje mi się księgowa, HR-owiec, specjalista PR to mimo że to bolesne, często takie osoby są elementami większego działu. Jakoś dam radę, szczególnie w początkowym okresie Nie jest to oczywiście reguła, ale statystycznie tak właśnie jest, jak wspomniałem. A co, jak z emitenckiej układanki ewakuuje mi się taki kluczowy „puzel”? Jednoosobowy? Wsadzę tam pod przymusem innego nieszczęśnika, składając mu propozycję nie do odrzucenia? Nie polecam. Przypominać to będzie sytuację, gdyby osobę po egzaminie na kategorię A wsadzić od razu na Suzuki Hayabusa 1300R albo podobny „przecinak”. Katastrofa jest kwestią czasu. A przecież można jej uniknąć. Myśląc przed, a nie gasząc pożar już po fakcie. Co można zrobić?

  1. Przemyśleć zawczasuzakres obowiązków pana X,
  2. Poszukać zastępcy, wdrażać go i szkolić, bo nie przygotujesz specjalisty nawet w trzy miesiące,
  3. Znaleźć skutecznego doradcę, który nie pracuje ze spółką „od – do”, bo taką ma pracę i to w pełni akceptuje.

Do przemyślenia, moi drodzy. Zanim będzie za poźno.

PS. Szukasz takiego doradcy? Zadzwoń do nas. Pomożemy!

Grzegorz Surma

Print This Post Print This Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × five =