Polityka informacyjna – uważaj, gdzie publikujesz!

Pojawienie się w polskim prawie nowelizacji ustaw „O ofercie (…)” i „O obrocie (…)”, oprócz surowych sankcji implementujących Rozporządzenie MAR do polskiego prawa na pierwszym miejscu wśród świadomych emitentów powinno stawiać posiadanie dobrej polityki informacyjnej. Gdy już mamy taki dokument, warto rozważyć jego publikację. I tutaj zaczynają się schody….

Czym powinna być wspominana polityka informacyjna? Jasnym i klarownym wykazem informacji, którymi spółka będzie dzielić się z rynkiem i je publikować poprzez system ESPI. Nie wyobrażam sobie sytuacji prawidłowego wypełniania obowiązków informacyjnych i zachowywania należytej staranności w obecnych realiach prawnych bez posiadania takiego dokumentu. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Każdy, kto ma odrobinę branżowego doświadczenia nie zakłada, iż nad każdym potencjalnym zdarzeniem cenotwórczym (czyli takim, które może być informacją poufną) siada i głowi się zarząd spółki. Gdyby pozostać w takim teoretycznym modelu (skądinąd kuriozalnym) mamy paraliż pracy zarządu, do którego podstawowych obowiązków należy jednak coś innego, nieprawdaż? Do tego służy polityka informacyjna, pozwalając a w bardziej płynny sposób odnaleźć się w gąszczu nowych, bardzo skomplikowanych regulacji i odrobinę ułatwić życie emitentom, a przede wszystkim działom IR.

Zdaje sobie oczywiście sprawę, iż część spółek poszła po najmniejszej linii oporu i za pomocą „starożytnej” zasady CTRL + C, CTRL + V przekopiowała ze starego „Rozporządzenia w sprawie informacji bieżących i okresowych (…) większość zdarzeń gospodarczych do swoich polityk informacyjnych, bez dokonywania bardziej szczegółowej analizy, prześledzenia historii własnego raportowania, porównania się do konkurencji etc. Taka polityka to nie polityka – pełna zgoda.

Nie rozumiem jednak krytyki KNF pt. „nie twórzcie nowego katalogu”. Chociaż stanęlibyśmy na głowie, taki dokument (przynajmniej w zarysach!) będzie nowym katalogiem. Otwartym, elastycznym, ale katalogiem! To nie jest zarzut, to jego zaleta. Dlaczego? Odsyłam do kilku akapitów wyżej. Konia z rzędem temu, kto w nowych regulacyjnych czasach bez takiego wsparcia zamierza prawidłowo funkcjonować i wykonywać swoją pracę. Czekać go będzie mrówcza praca na ustawicznej granicy ryzyka, pod rygorem potężnych sankcji. Skończyć się to może bardzo przykro. Nawet jeżeli założymy, że każde zdarzenie będziemy analizować na bieżąco i „nosić” zarządowi do akceptacji, szybko możemy natrafić na sprzeciw decydenta. Podkreślam – ten sprzeciw będzie w dużej części uzasadniony. Czy to jest bowiem podstawowy obowiązek prezesa zarządu spółki giełdowej? Jeżeli tak by miało być, nie dziwią mnie coraz częstsze myśli o delistingu wielu emitentów. Jeżeli zamierzamy zarżnąć polską giełdę i dorobek naszego rynku kapitałowego, to takim tokiem myślenia jesteśmy na najlepszej drodze, by to zrobić.

A ostatni zgasi światło.

Kolejną kontrowersyjną kwestią jest opublikowanie takiego dokumentu. Gdy powstał na drodze analizy, a nie sztuki bezmyślnego kopiowania naturalną rzeczą powinno być podzielenie się nim z naszymi interesariuszami. Jako inwestor chciałbym wiedzieć, co interesująca mnie spółka zamierza publikować. Ułatwia to podejmowanie decyzji inwestycyjnej, czyż nie? Ale niestety – naturalny kanał, w którym taki dokument mógłby się znaleźć, czyli system ESPI (który znają wszyscy inwestorzy) jest kategorycznie odrzucany przez nadzorcę.

Dlaczego? Zdaniem regulatora polityka informacyjna nie spełnia definicji informacji poufnej ani nie jest to informacja bieżąca z „Ustawy o ofercie (…)”. Trochę to naciągana teza, ale nie zamierzam z nadzorcą polemizować. Moim zadaniem jako doradcy jest ułatwienie życia emitentom, a nie jego komplikowanie, więc „gramy tak, jak przeciwnik pozwala”, mimo że na usta ciśnie się czasem wiele nieparlamentarnych określeń. Polityka informacyjna, jeżeli zamierzamy ją opublikować powinna pojawić się zatem jako zwykły załącznik w sekcji relacji inwestorskich strony internetowej emitenta.

Z drugiej strony, dlaczegóż odrzuca się ten nieszczęsny system ESPI? System kulawy, wolny, mający tendencje do wołania o aktualizację Javy w najmniej odpowiednim momencie, ale system, który zna i śledzi każdy inwestor, z którym miałem prywatnie i biznesowo do czynienia? Kanał, którym przekazywane są najważniejsze informacje ze spółki? Czy przyjęcie tak ważnego dokumentu, który de facto konstruuje sprawozdawczość spółki w nowych realiach nie jest na tyle istotnym wydarzeniem dla inwestorów, by nie mogli dowiedzieć się faktu jego publikacji z systemu ESPI? W zamian za to odsyła się ich na łamy serwisu internetowego emitentów. Serwisu, który standardowo ma jednak większe ryzyko przerwy w funkcjonowaniu, błędów, problemów technicznych etc. Pomijam już fakt, że czasami odnalezienie takiego dokumentu może trochę trwać, jeżeli emitent politykę informacyjną wrzuci na łamy serwisu IR, ale na stronie głównej nie raczy już o tym poinformować. Pobaw się wówczas w detektywa, inwestorze. Może znajdziesz, może nie. O ile wcześniej nie odpuścisz poszukiwań.

Czy stanowisko nadzoru w przyszłości ulegnie zmianie? Bardzo bym chciał, ale szanse na to są mizerne. Chciałbym się mylić w tej kwestii, podobnie jak prezes SEG dr Kachniewski, któremu zarzucano snucie hiobowych wieści (m.in. w felietonach publikowanych na łamach „Parkietu”) odnośnie realnych konsekwencji przyjęcia MAR. Konsekwencji, które od początku podzielał i uznawał za realne Wortal Relacji Inwestorskich.

Cóż, SEG miał rację. My również.  Chińskie przekleństwo mówi „obyś żył w ciekawych czasach”. Czasy przed nami wybitnie ciekawe..

Grzegorz Surma

Print This Post Print This Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 − eighteen =