MARuderzy kontra Liderzy – które podejście zwycięży wśród emitentów?

Piotr Biernacki na łamach swego tekstu przypomina (bardzo słusznie!), iż nie zostało wiele czasu do wdrożenia nowych regulacji, mimo iż sporej rzeszy emitentów może wydawać się inaczej.

Pomyślmy jednak – zanim spółki dokonają analizy ryzyka swego procesu sprawozdawczego pod kątem unijnych dyrektyw; zanim “rozbiorą na czynniki pierwsze” swe dotychczasowe działania mogą minąć ze 2,3 miesiące. Nie zapominajmy również, iż bieżącej pracy z zakresu relacji inwestorskich nie można odłożyć, zawiesić na czas nieokreślony. To w tej branży niewykonalne! IR to praca w trybie ciągłej analizy i czujności. Pomijam już fakt okresowych obowiązków informacyjnych (raportów okresowych), mocno angażujących nie tylko dział IR, ale kilka kluczowych działów spółki. Załóżmy jednak, iż analiza została dokonana i na podstawie zgromadzonego materiału źródłowego, jak również posiadanej wiedzy i doświadczenia możemy popracować nad naszymi procedurami pod kątem MAR. Zakładam oczywiście, że mamy materiał wyjściowy do tej analizy, a dotychczasowa sprawozdawczość spółki nie przypominała radosnej twórczości w stylu “albo się uda, albo nie”…

W kolejnych częściach swego artykułu Biernacki przywołuje dylematy, przed którymi stają najwięksi emitenci. Wspominane spółki nie witają z radością kolejnego zestawu regulacji, r. (Ogólnych Standardów Raportowania, nad którymi pracuje obecnie Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych). Z drugiej strony, likwidacja obligatoryjnego katalogu sprawozdawczego budzi niepokój mniejszych emitentów (dodam od siebie, iż nie tylko mniejszych, takie obawy zgłaszają również przedstawiciele dużych giełdowych graczy). Dlaczego ta zmiana może wydawać się tak niepokojąca?

  • Brak obligatoryjnego katalogu sprawozdawczego, który ułatwiał zdefiniowanie tego, co istotne,
  • rozbudowanie definicji informacji poufnej,
  • brak jednolitej wykładni prawnej (szczególnie w pierwszych miesiącach obowiązywania nowych przepisów),
  • obawa, jak zachowa się regulator – czy zapowiadane restrykcje okażą się realne i będą stosowane?

Osią tekstu autora są przewidywane zachowania emitentów po wejściu w życie nowych przepisów – warto je zacytować w całości:

(…)Pierwsza grupa (moim zdaniem nieliczna, choć życzyłbym sobie pomyłki w tej kwestii) to emitenci, którzy dobrze wykorzystają najbliższy rok, by solidnie przygotować się do nadchodzących zmian. Te spółki wykorzystają czas na gruntowną analizę swojej specyfiki biznesowej, dotychczasowego modelu raportowania oraz oczekiwań inwestorów i na tej podstawie opracują Indywidualne Standardy Raportowania.(…)

Nie jestem do końca przekonany, czy ta grupa rzeczywiście będzie realnie najmniejsza. Warto jednak zrobić wiele, by tych spółek było jak najwięcej. Odpowiedzią na to jest edukacja i szerokie działania informacyjne, prowadzone wobec emitentów (miło nam, iż dokładamy do tego procesu swoją wortalową cegiełkę). Kluczowym czynnikiem jest czas.

Mamy lipiec 2015. Im wcześniej emitenci zaczną pracować nad przygotowywaniem spółek do wymogów MAR, tym lepiej. Nie od rzeczy jest rozpoczęcie natychmiastowych działań (nawet mając w perspektywie zbliżający się termin półrocznej sprawozdawczości). Warto zacząć robić cokolwiek w tym zakresie (zaczynając od razu, nie czekając na wytyczne ESMY). Gdy wspomniane okólniki i wytyczne w końcu powstaną, łatwiej nam będzie udoskonalić stworzone wcześniej procedury, niż za kilka miesięcy zaczynać wszystkie działania od samego początku.. Reasumując – już teraz pomyślmy nad własnymi ISR (Iindywidualnymi standardami raportowania). Będziemy o tym sporo pisać w najbliższych tygodniach.

(…)Druga grupa to te spółki, których zarządy cechuje wysoka skłonność do chwalenia się. Mogą one uznać, że dla inwestorów istotną informacją jest niemal każdy fakt z życia spółki i z jej otoczenia. Ci emitenci mogą zalać inwestorów ogromną liczbą raportów o mało ważnych sprawach. W ten sposób można co prawda zredukować ryzyko niepodania do wiadomości publicznej informacji cenotwórczej, ale jednocześnie naraża się wszystkich odbiorców na chaos informacyjny.(…)

Sprawozdawcze wodolejstwo potrafi tak samo wprowadzić w błąd interesariuszy, jak lakoniczność komunikatu albo wydłużająca się cisza. Na podstawie własnych obserwacji dostrzegam jednak więcej emitentów, którym nie przeszkadza “długie milczenie”, niż zbytnia raportowa gadatliwość. Oczywiście, szum informacyjny również może być doskonałym narzędziem do manipulacji. Rozważmy taki przykład – spółka X w niewielkich odstępach czasowych publikuje poprzez system ESPI sporą liczbę komunikatów, w zdecydowanej większości dotyczących spraw błachych, które teoretycznie mogą, ale niekoniecznie muszą być podane do publicznej wiadomości (pamiętajmy, jesteśmy już po wejściu w życie Dyrektywy MAR!).

Jednak między tymi raportami jest jeden, kluczowy, dla tej spółki najważniejszy. Nieistotna jest dla tej hipotezy jego treść, ale samo zdarzenie. Jednakże niepodanie tej informacji do publicznej wiadomości to ryzyko kary ze strony nadzorcy. Jak zatem wybrnąć z takiej patowej sytuacji?. Wypuścić taki śmierdzący komunikat w  większym ciągu sprawozdawczym! Pamiętajmy, jesteśmy po MAR, realia ulegają zmianom. Kilkanaście komunikatów przykrywa chęć dokładniejszej analizy, więc jest spora szansa na to, iż takie kukułcze jajo się jednak prześliźnie, bez negatywnego feedbacku ze strony rynku i giełdowego regulatora.

Obowiązek sprawozdawczy spełniony, misja zakończona. Ale czy aby na pewno tak powinna wyglądać nowoczesna sprawozdawczość? I to raczej technika typu “black hat IR”, proponuję tego nie wdrażać w realiach własnych spółek : )

(…) Trzecia grupa notowanych spółek może stwierdzić, że wobec braku powszechnie obowiązującego katalogu informacji, które należy koniecznie publikować (rozporządzenie w sprawie informacji bieżących i okresowych przestanie obowiązywać w dzisiejszym kształcie), najlepiej będzie… nadal stosować się to tego katalogu. To bardzo wygodna i oszczędna kosztowo taktyka, jednak skuteczna tylko do pierwszej wpadki i pierwszego postępowania zakończonego nałożeniem kary.(…)

Tych emitentów akurat nie oceniałbym negatywnie, szczególnie w pierwszych miesiącach obowiązywania nowych przepisów. “Rozporządzenie w sprawie informacji bieżących i okresowych (…)” uznaję za jeden z lepszych aktów prawnych, z których korzysta IR manager w swej codziennej pracy. Lepsze często bywa wrogiem dobrego. Dlaczego więc miałbym krytykować kogoś, kto chciałby oprzeć się na tym, co doskonale znał, czego był pewny i ma w tym temacie spore doświadczenie? Te kilkadziesiąt przypadków sprawozdawczych zawartych w “Rozporządzeniu (…)” może stanowić przecież świetny punkt wyjścia do dalszej analizy oraz sporządzenia wewnętrznych regulacji, procedur oraz Indywidualnych Standardów Raportowania (ISR).

W cytowanym powyżej fragmencie Biernacki słusznie zwraca jednak uwagę na ryzyko, które się wiąże z takim podejściem. Bo ryzyko rzeczywiście istnieje. Szczególnie może dotyczyć się spółek, które do tej pory raportowały niewiele zdarzeń z katalogu “informacji poufnej”. Niewiele, albo co gorsza wcale (są tacy na naszym rynku!). Oni mogą mieć o wiele trudniej w prawidłowym zdefiniowaniu zdarzeń obligatoryjnie sprawozdawczych i ich odróżnieniu od informacji nieistotnych. Oczywiście piłeczka pozostaje po stronie Komisji Nadzoru Finansowego i skali jej surowości w egzekwowaniu nowego giełdowego prawa. Miejmy nadzieję, że tak jak do tej pory regulator będzie często wykazywał się zdrowym rozsądkiem.

Czwarta, niestety chyba dość liczna (znów: obym się mylił), grupa to spółki, które nie traktują giełdy jako strategicznego elementu swojego rozwoju i, funkcjonując w dużej mierze niczym spółki prywatne, nie respektują zasady równego dostępu inwestorów do informacji. Spółki te z radością przyjmą likwidację katalogu i uznają, że skoro w przepisach nie wskazano, że coś trzeba opublikować, to znaczy, że można tego nie publikować. W ekstremalnych przypadkach może się okazać, że niektóre spółki ograniczą się do publikowania wyłącznie raportów okresowych. Ta grupa jednak będzie z czasem szybko topniała pod wpływem wysokich kar pieniężnych nakładanych przez nadzorcę, a możliwe, że też z powodu wykluczania ich z obrotu w konsekwencji najcięższych przypadków naruszeń obowiązków informacyjnych.

I tutaj pełna zgoda, niewiele mam do dodania. To częste w przypadku emitentów, którzy giełdę potraktowali stricte jako najtańszy (na chwilę przeprowadzenia IPO) sposób zdobycia kapitału i nie zamierzają pogłębiać swego zaangażowania w tym obszarze. Nie sądzę jednak, by tego typu ekstrema (o których również pisałem jakiś czas temu na Wortalu w tekście “MARtwa sprawozdawczość?”) będą powszechne. Z czysto merkantylnego punktu widzenia, takie podejście nie będzie opłacać się emitentom. Z przedłużającym się milczeniem będzie wiązać się bowiem duże ryzyko. Ryzyko trudne do zaakceptowania przez jakikolwiek rozsądny zarząd. Tak jak zostało to wspominane, pierwsze ostrzejsze sankcje (kto wie, czy nie zakończone usunięciem z segmentu notowań) zapewne utemperują bardziej krnąbrnych emitentów.

Jestem ciekaw Waszego komentarza. Jakie modele zachowań zostały pominięte? Jak spółki podejdą do praktyki obowiązków informacyjnych w realiach MAR-u? Więcej będzie Liderów czy MARuderów?

Grzegorz Surma

fot. shutterstock

Print This Post Print This Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one + fifteen =