„Zalanie łazienki prezesa zarządu może mieć wpływ na cenę akcji jego spółki” – wywiad z Uzo Borewiczem, branżowym blogerem. Cz. 3

/Grzegorz Surma/ Wróćmy jeszcze do tematu informacji poufnej, ale z obecnej rzeczywistości prawnej. Nie ma chyba zagadnienia, które wzbudzałoby więcej kontrowersji i niejasności na rynku. Jak sądzisz, z czego to się bierze? Z założenia oceny ex-ante danej sytuacji przez emitenta, i weryfikacji tej sytuacji ex-post już przez regulatora? Trudności interpretacji danych wydarzeń w spółce? Braku listy od A do Z? Ale czy w tym przypadku taka lista w ogóle byłaby możliwa?

/Uzo Borewicz/ To jest broń obosieczna. Oczekuje się od spółki umiejętności wróżenia z fusów i przewidywania reakcji „racjonalnego inwestora”. Problem polega na tym, że wykorzystywać to mogą przeciwko sobie i spółka, i KNF. Przepis jest tak bzdurny, że spółka może opublikować dowolną informację, również czysto marketingową i udowodnić, że miała prawo oczekiwać, ze ta wpłynie na cenę akcji. Jestem w stanie udowodnić, że zalanie łazienki prezesa zarządu może mieć wpływ na cenę akcji jego spółki.

Albo przebicie opony w jego nowym Audi. Gdybym był złośliwy, to bym powiedział, że najlepiej łowi się ryby w mętnej wodzie. Ale że złośliwy nie jestem, więc tego nie powiem. Dlatego też zagadnienie informacji poufnej wałkuje się na każdym branżowym szkoleniu. Szkoda, że często to jedynie sztuka dla sztuki, bo mamy potem kwiatki typu prelegentów czytających z kartki albo ze slajdów to, co każdy specjalista znajdzie w ustawie. Potwornie nudne i nie rozwijające prelekcje o niczym. Nadal to niestety obserwuję w branży.

Więc….. lepiej publikować czy milczeć? Złoty środek często bywa trudny do odnalezienia, to taki branżowy „Święty Graal”..

Najlepiej pokazywać palcem, wspólnie pośmiać się z absurdów, a potem wyciągnąć wnioski i naprawiać błędy – jeśli tylko ktoś chce się uczyć i rozwijać. Bo oczywiście, możemy się wszyscy nadąć, zaprzeć nogami i gryźć się wzajemnie po kostkach. Tylko co to da.

Czyli jest tak, jak pisałem powyżej – by się chciało „chcieć”. Ale to dobry początek do dalszych działań. Z drugiej strony rozumiem też spółki, które mają obawy co do diagnozy cenotwórczości niektórych wydarzeń i zjawisk. Dobrze wiedzą, że jak potraktują jako informację poufną wydarzenie „a”, to muszą aktualizować ten fakt przy każdej zmianie. Więc czasem wolą dmuchać na zimne i …. milczeć.

No i wtedy mamy to, o co ja cały czas walczę. Spójność. I przy niektórych spółkach muszę powiedzieć, że fantastycznie sobie z tym radzą w swej komunikacji. Niezwykle spójnie milczą. O wszystkim. Ale to ich decyzja, ich wycena, ich wizerunek.

Właśnie. Czyli do zmiany nastawienia nie nakłonią ich dobre praktyki, ale twarde prawo? Sami nie zaczną być bardziej transparentni, jeżeli nie widzą w tym korzyści. A w takich sytuacjach np. naciskają inwestorzy z pakietem kontrolnym, których nie interesuje inny sposób komunikacji.

Do zmiany nie nakłonią ich ani dobre praktyki, ani prawo. Do zmiany powinna ich skłonić wycena rynkowa spółki. Czyli inwestorzy. I to inwestorzy indywidualni. Którzy nie powinni inwestować swoich pieniędzy tam, gdzie nie ma informacji o spółce, gdzie nie ma komunikacji. Jeśli nikt nie chce mi opowiedzieć swoim biznesie, to ja nie ładuję w ten biznes kasy. Czy to nie jest oczywiste?

Słusznie, ale popatrz na to z innej strony. Oni czasem po prostu mają gdzieś inwestorów indywidualnych. Instytutucjonalnych również miewają tam, gdzie słońce nie dochodzi. W przypadku akcjonariatu większościowego (np. gdy free float to parę procent) zdarzają się takie sytuacje. „No co zrobisz – nic nie zrobisz”, jak mówi popularny mem. Fakt, optyka zmienia się jedynie wówczas, gdy planowana jest kolejna emisja. Wówczas następuje etap powszechnego zdziwienia – czemu tak tanio, czemu brak zainteresowania?

Nadal uważam, że to jest rynek inwestora. Spółki, które mają mały free float i nie komunikują się z rynkiem są inwestycją bardzo ryzykowaną. W każdej branży znajdują się buble. Jeśli ktoś ma podwyższoną potrzebę adrenaliny, to spółki nieme są idealne dla niego. Ale wciąż jest to rynek inwestora. I to on dyktuje wycenę akcji. Tylko nasz polski inwestor indywidualny jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Jest jakiś, hmmm… strasznie stłamszony i bez ikry.

To się moim zdaniem będzie zmieniało wraz z upływem kolejnych lat. Jak oceniasz działalność SEG-u i SII, jako praktyk i obserwator rynku kapitałowego?

SEG wie co robi, dla kogo to robi i robi to nieźle. Moim zdaniem sprawdza się. Natomiast z SII mogłoby być lepiej. Skupiają się na organizacji imprez, a powinni skupiać się na walce o prawa inwestorów. Przydałoby się takie drugie SII, konkurencja zazwyczaj dobrze działa.

Biorąc pod uwagę zainteresowanie giełdą, rosnącą liczbę inwestorów indywidualnych to ciekawy pomysł. Bo brak konkurencji degeneruje. Ale z drugiej strony SII też po prostu też chce zarabiać pieniądze.

A to jest ich cel statutowy?

Oczywiście, że nie jest. Działalność edukacyjna jest przecież prowadzona. Raz lepiej, raz gorzej, ale mają się czym pochwalić.

Nie ma ich z czym porównać. Nie mają konkurencji. Uważam, że można więcej i lepiej.

Tutaj pełna zgoda. Zawsze można zrobić coś lepiej, bo najgorsze, to osiąść na laurach. Moje kolejne pytanie wiąże się z umiejscowieniem komórki IR w strukturze spółki. Czy Twoim zdaniem więcej korzyści płynie z bycia bezpośrednio podwładnym CEO, czy CFO (częsta w Polsce sytuacja)?

IR obowiązkowo powinien znajdować się bezpośrednio pod zarządem. Chyba nikt mnie nie przekona do innego rozwiązania.

Dlaczego tak uważasz?

Im więcej ogniw musi przejść informacja tym większa szansa, ze nie dotrze ona do IR na czas, lub nie dotrze w ogóle. Jeśli IR jest w strukturze niżej, wiele informacji może go ominąć, trudniej jest zapanować nad organizacją.

Tak, szybki dostęp do informacji jest kluczowy. Oczywiście w spółkach, dla których IR-owiec jest partnerem, a nie jednostką uciążliwą, którą się informuje w ostatniej kolejności. Dobrą praktyką są też cotygodniowe spotkania IR-owca z zarządem albo samym prezesem. Ciekawe zatem, skąd taki wysyp IR pod CFO?

Może dlatego, że IR kojarzony jest głównie z raportami finansowymi?

To z pewnością, ale sądzę, że nie tylko. Chodzi też o coś innego – niektórzy po prostu boją się tej mitycznej giełdy – takie mam dziwne wrażenie. I zgodnie z zasadą spychologii starają się zepchnąć problem niżej. Niestety, oberwanie rykoszetem ew. kłopotów wówczas jest tak samo, o ile nie bardziej możliwe.

Może tak być. Z tym, że to nie jest rozsądne. Jeśli czegoś się obawiam, a mam od tego fachowca, to wolę mieć go pod ręką, jak najbliżej. I to ma sens.

Ludzie nie zawsze kierują się rozsądkiem. Ci w randze CEO również.

Bingo : )

Ciągnąc jeszcze temat umiejscowienia komórki IR, pół biedy, jeżeli dany dyrektor jest traktowany jako partner dla zarządu, a nie jedynie odbiorca zadań „do wykonu”. Bo podlegli pracownicy obrywają rykoszetem.

Dla mnie nie ma znaczenia, kim jest pośrednik między IR a zarządem. Nie powinno go być.

Słusznie. Zbliżając się powoli do końca naszej rozmowy, chciałbym poruszyć jeszcze temat organizacji obiegu informacji w przypadku IR. Relacje to często typowe big data i agregowanie wielu informacji – umów, gwarancji, poręczeń, pożyczek oraz innych istotnych faktów, które mogą być uznane za informacje poufne. Jak budować relacje w dużych grupach kapitałowych? O czym nie należy zapominać?

O cyklicznych wewnętrznych szkoleniach kadry we wszystkich spółkach, o monitorowaniu wszystkich kanałów, którymi przebiegają poszczególne informacje, o dobrej, funkcjonalnej bazie umów całej grupy, o delegowaniu w spółkach zależnych osób odpowiedzialnych za współpracę z IR emitenta, o dobrym PR wewnętrznym. To tak z grubsza.

Tutaj znów pojawia się kwestia tego, o czym już wspominałeś – rola i budowanie relacji z osobami, które bezpośrednio nie są naszymi podwładnymi. A relacje między spółkami w grupach kapitałowych wyglądają różnie. Czasami to zimna wojna, a jej odpryskiem mogą być „drobne” złośliwości typu opóźnienia informacyjne albo, co gorsza, brak jakiejkolwiek informacji.

IR musi sobie z tym poradzić. Jeśli nie polubownie to inaczej, sposobem. A jest ich parę. Tu przydaje się znajomość psychologii. Ale każda sytuacja jest inna, więc trudno doradzać na odległość.

Fakt, przydaje się element psychologii, czasem manipulacji oraz odrobiny perswazji : ) Szczególnie w sytuacji, gdy nie możemy wydać bezpośredniego polecenia. Sądzę, że to kwestia praktyki oraz co bardzo ważne, regularnego szkolenia osób w spółkach zależnych. I to nie tylko osób wyznaczonych do bezpośredniego kontaktu na linii agregator informacji w spółce zależnej – nasz dział IR, ale również prezesa takiej spółki.

Najłatwiej organizuje się spółkę przed debiutem, potem jest już trudniej. Przed debiutem wszystkim „zależy”, co najważniejsze, zarządowi również. Po debiucie efekt nowości znika i zaczyna się codzienność. Jeśli reorganizacja przed debiutem nie była efektywna, potem może być problem z utrzymaniem dyscypliny. Ten etap przed debiutem jest kluczowy, a często niestety zaniedbywany, bo przecież najważniejsze wydaje się pisanie prospektu emisyjnego.

Jakie widzisz perspektywy przed polskim IR? Zaczniemy wdrażać coraz więcej nowinek z Zachodu? Zniwelujemy interpretacyjne wątpliwości czy popadniemy w nowe, dzięki implementacji kolejnych unijnych dyrektyw?

To my, praktycy tworzymy IR. On pójdzie dokładnie tam, gdzie go poprowadzimy. Ale musimy zacząć chcieć nim kierować. Na razie zachłysnęliśmy się giełdą i nie tworzymy na przykład żadnych organizacji etycznych. Dobre praktyki spółek giełdowych to przecież obiekt żartów.

Może zatem nadszedł już czas, będące w dużej części fikcją „Dobre Praktyki spółek giełdowych” zamienić na Dobre Praktyki relacji inwestorskich? Jeżeli sami ich nie zaproponujemy i rozpropagujemy (wśród ludzi z branży), nikt tego za nas zapewne nie zrobi.

Dokładnie, i to jest zadanie, zadanie-wyzwanie..

Na zakończenie, wyjaśnisz mi kwestię swojego charakterystycznego pseudonimu?

Przykro mi. To informacja poufna

🙂

Uzo Borewicz – branżowy bloger, autor Matter of fact no. 212UV  Od wielu lat zajmuje się relacjami inwestorskimi w spółkach giełdowych, zarówno tych notowanych na rynku regulowanym, jak i tych na NewConnect, czy na Catalyst. Ma za sobą wiele debiutów giełdowych, wiele lat tworzenia prospektów emisyjnych, raportów giełdowych i innych dokumentów przeznaczonych dla inwestorów.

Grzegorz Surma

Print This Post Print This Post

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one × one =