Historia pana X

W bieżące funkcjonowanie spółki giełdowej wpisane jest wiele ryzyk. To całkowicie normalne i większość osób zdaje sobie z tego sprawę. Emitenci publikują te ryzyka na łamach swych prospektów emisyjnych, opisują je (czasem szeroko i kwieciście) w raportach okresowych itd. Wszyscy dobrze wiedzą, o co chodzi i dlaczego ich przedstawianie jest  tak istotne. Ale… czy na pewno? Istnieje bowiem jedno ryzyko, które może pozostawać „ciche i utajone” przez naprawdę długi czas. Pomijane i lekceważone, pozbawione bezpośredniej kontroli i analizy sytuacji wybucha jak bomba, w najmniej spodziewanym momencie. Gdy to nastąpi, może przerodzić się w dużą sytuację kryzysową. A nawet katastrofę. Ryzyko jednoosobowego działu IR.

Ludzie pracujący w naszej branży to często pasjonaci swej pracy. Znam osobiście wiele takich osób. Naprawdę uwielbiają swoją pracę i to, co robią. Żyją nią. To ludzie w sporej części pozbawieni mentalności pracownika etatowego, pracującego „od do” . Ostatnią rzeczą, jaką robią, to zerkają na zegarek czy telefon komórkowy, tęsknie odliczając godziny i minuty do opuszczenia firmy. Takich pasjonatów widzę zarówno po stronie klientów – w spółkach giełdowych, jak i w doradczym gronie. Jednak pasja i zaangażowanie może stać się przekleństwem. Wyobraźmy sobie taką oto sytuację..

X jest managerem IR w jednej z polskich grup kapitałowych. Nie jest to blue chip ani podmiot z pierwszych stron gazet, jednak radzi sobie w rynkowych realiach całkiem nieźle. X uwielbia swoją pracę. Dokształca się (często na własną rękę), jeździ po wielu konferencjach branżowych, czyta polskie i angielskie materiały branżowe. Cały czas zastanawia się, co by tu jeszcze ulepszyć w dziale relacji inwestorskich, w którym pracuje. To dział, za który odpowiada. Jest w nim sterem, żeglarzem i okrętem. Jednoosobową komórką do zadań specjalnych.

Szefowie są zadowoleni z X. Nie interesują ich za bardzo relacje inwestorskie ani obowiązki informacyjne, przecież mają od tego doświadczonego człowieka. Ba! Mają kogoś, kto tym żyje, co ich zdaniem zdejmuje z ich barków odium większości odpowiedzialności za tę komórkę. X to człowiek, na którego zawsze mogą liczyć. Mało kiedy zgłasza sprzeciw, by zostać po godzinach. Nie tylko w okresach sprawozdawczych. Po prostu żyje swoją pracą. Niektórzy nazwali by go naiwniakiem, inni pracoholikiem, a on po prostu czuje, że znalazł swoje zawodowe powołanie i w branży IR czuje się znakomicie.

Grupa kapitałowa, w której za IR odpowiada X jest dosyć specyficzna. Osiąga ona dobre wyniki finansowe, przy mocnym ograniczeniu kosztów. Trudno stwierdzić, czy ich podstawowa strategia polega na byciu liderem kosztowym, czy to kwestia swoistej kultury korporacyjnej tego przedsiębiorstwa. Ostatnią rzeczą, którą można powiedzieć o tej grupie są przerosty zatrudnienia. Nie ma ich. Nie istnieją. Wiele osób dziwi się, jak przy tak ograniczonym gronie można tak sprawnie wykonywać zawodowe obowiązki. Niektórzy nawet nie są w stanie uwierzyć, podejrzewają blagę czy żart. Jak to bowiem możliwe, iż w innych spółkach za raportowanie odpowiada cały dział sprawozdawczy, a w firmie X robi to kilka osób? Przecież to nierealne, niemożliwe. Tam też pracują ludzie, a nie roboty.

To jednak jak najbardziej realne. Oczywiście, do czasu.

X od długiego czasu sygnalizuje problem związany z kwestią zastępstwa. Nie, broń Boże nie zamierza zmniejszać swego nakładu pracy. Nie przestał też lubić tego, co robi. X jest jednak rozsądnym człowiekiem. Dobrze wie, że opieranie całej infrastruktury sprawozdawczej na jednej osobie to siedzenie na bombie z opóźnionym zapłonem.

X posiada komplet kodów do systemu ESPI.

X posiada komplet kodów do aplikacji KDPW.

Wypełnia obowiązki informacyjne emitenta, raportuje w dedykowanym do tego systemie kwestie dywidendy, rejestruje (czasem odwołuje, jeżeli zachodzi taka potrzeba) Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy w przeznaczonych do tego systemach.

X posiada komplet kodów do ww. aplikacji. Mimo jego usilnych starań nikt nie dał się przekonać do tego, by zachęcić drugą osobę z firmy do wzięcia na siebie ww. zobowiązań. Nawet nie chodzi o to, by od razu wdrażała się w IR i obowiązki informacyjne, a raczej o to, by stanowiła zabezpieczenie, zaplecze sprawozdawcze w razie nieprzewidzianych okoliczności.

Efektu brak. Osoby z firmy boją się wzięcia chociażby odrobiny odpowiedzialności. Są zawalone pracą. To akurat 100% prawdy. Pamiętacie? Powyżej pisałem o polityce kadrowej, która wyklucza jakiekolwiek przerosty zatrudnienia, w zamian za to funduje raczej niedobór kluczowej kadry pracowniczej.

Najbardziej problematyczne dla X są kwestie wolnych dni. W przypadku jednego, dwóch dni nie ma problemu. I tak na większość nawet krótkich wyjazdów nie rusza się bez komputera. Raporty bieżące wysyłał „w świat” już z naprawdę wielu dziwnych miejsc. Prawdziwy problem pojawia się w przypadku urlopu. Dla X to zawsze nerwówka i uporczywe poszukiwanie „przymusowego” zmiennika, który zastąpi go w pracy na te dwa urlopowe, ustawowe tygodnie. Wiele osób jest autentycznie przerażonych i gdy nadchodzi czas urlopu X, omijają go na firmowych korytarzach.

Gdy jednak uda się znaleźć tego „nieszczęśnika”, X nie zamierza zostawić go z pustymi rękami.  Przygotowuje mu manuale, tutoriale, inne materiały niezbędne do sprawnego procesu raportowania i modli się w duchu, by w razie jego nieobecności nie nastąpiło jakieś nieciekawe wydarzenie, które będzie wymagać natychmiastowej reakcji managera IR. Szczególnie jeżeli myślimy o sytuacji, w której nie poradziłby sobie wspomniany powyżej przymusowy zmiennik. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałby X jest wrzucenie swego kolegi z firmy na sytuację, z której raczej sam nie byłby w stanie wybrnąć.

Do tej pory udawało się uniknąć poważniejszych problemów.

Szefowie X nie są zainteresowani zatrudnieniem zmiennika. Po co, przecież „wszystko działa jak należy”..

W końcu następuje to, co było kwestią czasu. Zdarzenie losowe. Choroba. Przymusowa nieobecność dłuższa, niż kilkanaście dni. Albo X wpada na pomysł, iż przecież to, że kocha swoją pracę nie znaczy, że musi przez kolejne lata uwielbiać swego pracodawcę. Na rynku jest ponad 900 giełdowych emitentów. Podejmuje więc decyzję o odejściu.

Załóżmy, że to człowiek z klasą nie zamierza wrzucić swego dotychczasowego pracodawcy na minę. Przy doświadczeniu  X oraz roli „jednoosobowej armii” nie miałby z tym żadnego problemu, nieprawdaż? Załóżmy, że w okresie swego wypowiedzenia zamknie wszystkie sprawy i zostawi czystą kartę swemu następcy.

A właśnie – czy znalezienie nowego IR-owca jest takie proste? Nawet w kwartał? Śmiem wątpić.

„Przyjechał pan dyrektor, umowa jest podpisana, wysyłamy raport.”

„Jaki raport?”

„Giełdowy, oczywiście! Ma Pani wszystkie dokumenty od kolegi, który się tym zajmował, prawda? Proszę zatem zrobić tak samo, jak on, ale najpierw proszę umówić mnie na spotkanie, o którym rozmawialiśmy”

„Ale ja nie mam pojęcia, jak to zrobić!”

„Ma Pani przecież checklistę – proszę zrobić identycznie, to zapewne żadna filozofia”

„No mam, ale… (gdzieś mi się zapodziała….) Gdzie jest ten telefon do X?! Muszę z nim natychmiast porozmawiać!”

A telefon milczy. Pan X jest na czterotygodniowych wakacjach. Tak długo na urlopie nie był, odkąd pamięta.

Emitencie – jesteś gotów podjąć takie ryzyko? Odpowiedz sobie szczerze na to pytanie. Jeszcze masz możliwość jego uniknięcia. To naprawdę nie jest takie trudne.

Grzegorz Surma

Print This Post Print This Post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

thirteen + 7 =